Kierowca Insignii 2.0 to jest osobna kategoria człowieka. Wsiada do auta jakby właśnie odebrał kluczyki do bolidu F1, a pod maską zwykłe 2.0 i wielkie ambicje. Rusza spod świateł jakby miał coś do udowodnienia całemu miastu, po czym po kilku sekundach przypomina sobie, że jednak jedzie Insignią a nie rakietą.
Najlepsze jest to, że ten człowiek prowadzi tak, jakby kierunkowskaz był wyposażeniem dodatkowym. Skręt bez kierunku, zmiana pasa bez kierunku, hamowanie w ostatniej chwili i oczywiście mina człowieka, który uważa, że wszyscy inni na drodze są problemem. Kierowca obok spokojnie jedzie 50, a on już ma wewnętrzną potrzebę pokazania, że jego 2.0 potrafi zrobić więcej.
Samochód może być wygodny, przestronny i całkiem normalny, ale w rękach tego kierowcy zamienia się w mobilne centrum chaosu. Każda prosta wygląda jak odcinek specjalny, każde rondo jak finał wyścigu, a każde wyprzedzanie jak scena z filmu akcji. Tylko że zamiast profesjonalnego kierowcy mamy typa, który chwilę później szuka odpowiedniego biegu i zastanawia się, czemu auto nie jedzie tak jak sobie wyobrażał.
I jeszcze ten klasyczny tekst: „spokojnie, ja umiem jeździć”. Brzmi pięknie do momentu, kiedy widzisz jego manewr i zaczynasz się zastanawiać, czy on przypadkiem nie zdał prawa jazdy w kategorii „jakoś to będzie”.
Ogólnie sama Insignia 2.0 niczemu tu nie zawiniła. Problemem jest człowiek za kierownicą, który dostał trochę momentu obrotowego i nagle uznał, że został królem asfaltu. Auto może mieć 2.0 pod maską, ale kierowca ma chyba 2 gramy rozsądku w głowie.
Ocena kierowcy: bardzo dużo pewności siebie, bardzo mało przewidywania i zdecydowanie za duża wiara w swoje 2.0. Samochód spoko. Kierowca powinien czasem przypomnieć sobie, że droga publiczna to nie tor wyścigowy.
Naucz się babo używać kierunków i dostosuj prędkość. Stówę jechać przez ulicę Młynową w Mrągowie w terenie domów jednorodzinnych - na ulicy gdzie na codzień trzeba robić slalom między zaparkowanymi autami na chodnikach. Dać tej babie trochę prędkości pod nogę i wychodzi jej pusty łeb…. W dodatku jechałaś z NASTOLATKĄ. Jak nie myślisz o innych na trasie to chociaż pomyśl o swoich pasażerach. A z tego merola polecam się przesiąść do komunikacji miejskiej albo zrobić prawo jazdy zamiast jeździć z tym znalezionym w chipsach:)
Kierowca Insignii 2.0 to jest osobna kategoria człowieka. Wsiada do auta jakby właśnie odebrał kluczyki do bolidu F1, a pod maską zwykłe 2.0 i wielkie ambicje. Rusza spod świateł jakby miał coś do udowodnienia całemu miastu, po czym po kilku sekundach przypomina sobie, że jednak jedzie Insignią a nie rakietą.
Najlepsze jest to, że ten człowiek prowadzi tak, jakby kierunkowskaz był wyposażeniem dodatkowym. Skręt bez kierunku, zmiana pasa bez kierunku, hamowanie w ostatniej chwili i oczywiście mina człowieka, który uważa, że wszyscy inni na drodze są problemem. Kierowca obok spokojnie jedzie 50, a on już ma wewnętrzną potrzebę pokazania, że jego 2.0 potrafi zrobić więcej.
Samochód może być wygodny, przestronny i całkiem normalny, ale w rękach tego kierowcy zamienia się w mobilne centrum chaosu. Każda prosta wygląda jak odcinek specjalny, każde rondo jak finał wyścigu, a każde wyprzedzanie jak scena z filmu akcji. Tylko że zamiast profesjonalnego kierowcy mamy typa, który chwilę później szuka odpowiedniego biegu i zastanawia się, czemu auto nie jedzie tak jak sobie wyobrażał.
I jeszcze ten klasyczny tekst: „spokojnie, ja umiem jeździć”. Brzmi pięknie do momentu, kiedy widzisz jego manewr i zaczynasz się zastanawiać, czy on przypadkiem nie zdał prawa jazdy w kategorii „jakoś to będzie”.
Ogólnie sama Insignia 2.0 niczemu tu nie zawiniła. Problemem jest człowiek za kierownicą, który dostał trochę momentu obrotowego i nagle uznał, że został królem asfaltu. Auto może mieć 2.0 pod maską, ale kierowca ma chyba 2 gramy rozsądku w głowie.
Ocena kierowcy: bardzo dużo pewności siebie, bardzo mało przewidywania i zdecydowanie za duża wiara w swoje 2.0. Samochód spoko. Kierowca powinien czasem przypomnieć sobie, że droga publiczna to nie tor wyścigowy.